Na blogu  szybki wypad na Filipiny;) -> Luty 2014…

Jednym  największych błogosławieństw nauczyciela w Chinach jest konkretny urlop 2 razy w roku. Jest to idealna okazja zmienić otoczenie, szczególnie zimą. Z Polski loty na Filipiny to bez promocji  wydatek od ok.2500zł. Z Chin jest taniej, dużo taniej..
Rezerwując bilety jakoś w połowie 2013 oczywiście nie mogłem wiedzieć, że ten rejon świata nawiedzi najsilniejszy tajfun w historii. Dla mnie to pół biedy, ale znajomi z Europy zapłacili sporo więcej za loty….co teraz?

Kataklizm poważnie ‚przeczołgał’ ten rejon, na który się wybieraliśmy. Bilety mieliśmy na Cebu i dalej w planie był tranzyt  na Bantayan, gdzie rodak pomieszkuje i prowadzi  małą agroturystykę. Konsultacja z Grochem-gospodarzem- Wyspa została częściowo zniszczona, jego dom, nasze zakwaterowanie do remontu, ale do stycznia ma być ogarnięty, ale pozostanie problem z wodą i prądem. Jednogłośnie  decydujemy się mimo wszystko przyjechać. Świata nie zbawimy, ale kilka ‚złotych’ na wyspie zostawimy….

Rezerwacja ‚U GROCHA’ i nasz plan na urlop  pozostały bez zmian…

Bantayan to bardzo sympatyczna wyspa, ale nie należy do tych najbardziej obleganych- i o to dokładnie nam chodziło. W 2011 byczyliśmy się już na Palawanie, były rajskie pocztówkowe plaże palmy i biały piasek. Na Bantayanie też można to dostać, a do tego  pomieszkać między ‚lokalsami’- bez kontaktu z Grochem bujalibyśmy się najprawdopodobniej po hotelach i resorach.

No więc pomieszkujemy u rodaka, do plaży 5minut, zamiast hoteli i resortów dookoła mamy zwykłych ludzi. Gospodarz na zamówinei może zorganizować wszelakie dostępne na wyspie atrakcje. Podczas naszego pobytu były pewne ograniczenia logistyczne, ale wiedzieliśmy o nich z wyprzedzeniem- nie była to niespodzianka. Wizyta u szamana, łódka, snokeling,  uczta ze świeżych owoców morza etc.- wszystko do zorganizowania. Jedną z dostępnych opcji był ‚lechon baboy‚. Oczywiście można zamówić świniaka w restauracji, ale my mieliśmy tu wszystko w wersji lokalnej. Cały proces od zorganizowania świniaka, poprzez cały proces przygotowania, po wieczorną konsumpcje.

Więc do roboty:

Z rana ustalamy w gronie rodaków, że pora na ucztę ‚local style’- szybkie ustalenie szczegółów i ‚Filip’ jedzie na misję- znaleźć i kupić zwierzaka. My nie mamy przypisanych żadnych zadań więc idziemy na plażę sączyć piwko. OK 14tej ‚Filip’ wraca z tarczą, pora przejść do konkretów,

Ubój i patroszenie, chłopaki nie robią tego pierwszy raz więc robota idzie sprawnie, ‚master chef’y’ w akcji:

DSC_8580
miejsce ‚zbrodni':

DSC_8605

Lokalna receptura to jakaś tam tajemnica więc nie wiem dokładnie co tam z czym i w jakiej kolejności się działo. Wiem, że sprite czy 7up służyć będzie do polewania świniaka już na ogniu.

DSC_8601

Lokalni sprawnie działają, a my białas  mamy jedno zadanie- nie przeszkadzać. Zajmujemy się więc rumem i obserwujemy zawodowców w akcji. Wcześniej przygotowany farsz ląduje  na swoim miejscu:

DSC_8609

My turyści przyglądaliśmy się całej akcji, ale było dwóch młodych pomocników. W Europie powieszona świnia w markecie jest zbyt szokującym widokiem. W tej części świata nie ma ściemy- naturalna sprawa, że jeśli chcemy zjeść świnkę, to najpierw trzeba ją pozbawić życia, wypatroszyć i przygotować.

DSC_8637

DSC_8630

Tego samego dnia była inna ważna akcja- postawiono nowe słupy i podciągnięto kable w tej części wyspy. Po prawej uszkodzony przez tajfun słup, i po prawej stawiany nowy:

DSC_8596

Małoletni pomocnicy szybko zajęli się bebechami:) wsuwali jakby to były cukierki;) Szybko zabrano im zdobycz, bo był plany co do ‚zagospodarowania’ flaków…

DSC_8661

DSC_8651

Świniak zainstalowany na ruszcie ok 17tej wylądował nad ogniem. Taki kawał mięsa piecze się dłużej niż krócej, więc sporo rumu jeszcze upłynęło zanim na stole wylądował ‚produkt końcowy’.

DSC_8668

Na zdjęciu wyżej, na 2gim planie, 2ga akcja kulinarna- flaki. Nie wiem dokładnie co z tym zrobili, ale na końcu wyglądało(i smakowało) to jak kaszankowo-wątróbkowy gulasz, mocno słonawe, gęste i ogólnie dobre, mimo że fanem flakowatych dań nie jestem;)

Szef kuchni podczas swojej zmiany kręcenia, jak widać uśmiechnięty z drinkiem w ręku.

DSC_8673

Kilka butelek rumu zostało opróżnione, i słońce zaszło zanim pieczeń pojawiła się na stole, ale warto było czekać.

Filipiński lechon baboy w finalnej formie:DSC_8678

Jeśli ktoś szuka agroturystyki po filipińsku, z dala od wypasionych resortów, za to z lokalnymi mieszkańcami to jest to bardzo dobra opcja. Grochu zainstalował się tam już na dobre, wie co i jak- taki ‚rezydent’ to bezcenna sprawa. Pokoje bez fajerwerków ale jest wszystko czego potrzeba. Jeśli potrzebujesz w pokoju plazmy i jacuzzi to zdecydowanie nie jest miejsce dla Ciebie. Jeśli lubisz ‚autentyczne’ klimaty, dobre towarzystwo z zacnym jedzeniem to rezerwuj termin, bo Grochu na brak gości raczej nie narzeka.

http://www.breakdacycle.com/

pzdr!

Tagged on:                 

15 thoughts on “Gotowanie na ekranie- filipiński ‚lechon baboy’ w obiektywie.

  • 18/11/2014 at 09:20
    Permalink

    Zawsze zadziwia mnie to, że Polaków można spotkać w najbardziej odległych miejscach świata. A tak w ogóle, ja też swego czasu zdecydowałem się na pobyt u Polaka. Gdy braliśmy ślub na Mauritiusie w 2012 roku, postanowiliśmy wynając cały dom od mieszkającego tam rodaka. Powiem tak – było genialnie, bo zawsze swój swojego zrozumie :)

    Reply
    • 18/11/2014 at 16:08
      Permalink

      a pewnie i nie jedna flaszka wieczorem pękła;) Taki ‚lokalny’ kontakt to bezcenna sprawa. pzdr

      Reply
  • 18/11/2014 at 13:10
    Permalink

    ja chyba zbyt wrażliwa jestem na takie rzeczy, bo minę miałam nietęgą próbując oglądać zdjęcia.. 😉

    Reply
  • 18/11/2014 at 15:48
    Permalink

    Oj, na początku tekstu przydałoby się ostrzeżenie. Zdecydowanie nie sa to widoki dla każdego. Choć krew sama w sobie mi nie straszna to zabijanie, w jakiejkolwiek formie, zdecydowanie zle na mnie wpływa.

    Reply
    • 18/11/2014 at 15:57
      Permalink

      Jeśli nie jadasz mięsa to przyjmij przeprosiny, a jeśli jadasz to…przecież wiadomo, że trzeba ubić zwierzaczka zanim na talerzu wyląduje;) Zabijania nie fotografowałęm, jeno patroszenie i ‚farszowanie’, uważam, że miesożerca, do których sam należę, powinien mieć świadomość również tej ‚cieniejszej’ części, o której wygodnie nie pamiętać…

      pozdrawiam

      Reply
        • 18/11/2014 at 16:11
          Permalink

          Ty też? Dopiero co przepraszałem niżej za narażenie na traumę. Myślałem, że miniatura posta daje pojęcie czego można się spodziewać, ale zapomniałem, że nie każdy widzi w podglądzie, sorry!

          Reply
  • 19/11/2014 at 10:28
    Permalink

    Oj takie gotowanie na ekranie raczej też nie dla mnie :( Mocne nerwy masz Piotrze! Pozdrawiam!

    Reply
    • 20/11/2014 at 14:13
      Permalink

      Może minąłem się z powolaniem i na jakiegoś chirurga powinienem się kształcić;) A na poważnie, to wszystko jest w głowie. Dzieciaki jak widać na zdjęciach od młodego są oswojone, wiedzą skąd sie bekon itp. bierze;)
      pzdr

      Reply
  • 20/11/2014 at 06:42
    Permalink

    Ojj, u mnie myśl była podobna, jak u Aleksandry – to nie dla mnie… ;P Przede wszystkim dlatego, że nie jem wieprzowiny 😉 Widok taki na żywo pewnie bym zniosła, ale byłabym pierwsza do „znieczulenia się” rumem 😀 Niemniej jednak doświadczenie na pewno ciekawe. Bardzo fajny wpis i świetne zdjęcia!
    Pozdrawiam serdecznie :)
    Ania z http://www.born2travel.pl

    Reply
    • 20/11/2014 at 14:02
      Permalink

      Pełna zgoda, że jest to specyficzna ‚atrakcja’. Świniak i tak skończy w ten sposób. Nie jest to coś z oglądania czego czerpie przyjemność, ale skoro była mozliwość zrobić ucztę z lokalami, w ich stylu to zdecydowaliśmy się to zrobić. pzdr

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Shares