Trek na Swiete Jezioro

Lonely Planet pisze, zeby na jezioro wybrac sie z przewodnikiem. W FeiLai Si i w Yubeng strasza ze ta trasa to 20km do jeziora, i 2gie tyle w dol. Wstepny plan byl zostawic Holy Lake na koniec, a na rozgrzewke zrobic wodospad i/lub Ice lake(oba duzo latwiejsze). Jednak z rana stwierdzilem ze nie wiadomo czy i kiedy ponownie bedzie pogoda* wiec trzeba ‚biec’ na Holy Lake.

(*z ta pogoda to nie do konca prosta sprawa. W porze deszczowej z rana zawsze jest pochmurnie i przed 10-11 nie ma szans czegokolwiek wywnioskowac, mozna tylko zgadywac. O ile na Ice Lake i wodospad mozna wyjsc pozniej bo to krotsze trasy to z Holy Lake nie mozna za dlugo czekac bo pozniej dnia nie starczy zeby zejsc)

Z rana tak jak zawsze, niby chmury, troche blekitu widac wiec decyzja jest ze ide. Ze mna wczesniej poznany Chinczyk, spokojny, cichy, nie odzywa sie niepotrzebnie, nie drze ryja, spoko. Po sniadaniu okazuje sie, ze jeszcze3 osoby z mojego pokoju chca dolaczyc, trudno. Zanim sie zebralismy to jeszcze 2 osoby sie dokleily. Czyli robi sie to czego nie lubie- stado. Z gornego Yubeng trzeba zejsc do dolnego i o 8.30 zaczynamy podejscie. Wg lokalnych szlak jest trudny, dlugi i ogolnie slabo. Okazuje sie faktycznie stromo.

Pierwsza czesc trasy to ponad 2h stromo w gore, przez las, wiec widoki zerowe. Dzieki temu ze ide z grupa to ide wolniej. Samemu lubie przycisnac, nie wiem sam po co. Pierwszy konkretniejszy(ale tez bez szalu) widok to Yubeng po ok 3h wspinania:

To co w dole jest to ja wiem, wolalbym w gore popatrzec, ale chmury wisza nisko…

Im wyzej tym bardziej grupa sie rozciaga, i dobrze;)po ok 4h mijamy las, las bambusowy i pozostaje  kosodrzewina (?), trawa i skaly. 1 czlonek ekipy poddaje sie. Gdzies po drodze podobno polozyl sie spac, nie placze, bo to ten najglosniejszy, widocznie za duzo tlenu marnowal na zbedne artykulacje.

Mialem nadzieje, ze ok poludnia cos sie przeczysci, ale dupa zbita, nadal pochmurnie.

Po ponad 5h dochodzimy, na raty, na jezioro. No i szalu nie ma, jezioro jak jezioro, rownie dobrze to przy Samotni mogloby byc. Gwozdziem programu mialy byc widoki, a ich malo i do tego zaklucony odbior:/

Chinczyki zaczynaja obowiazkowy punkt ptrogramu- foto-sesje. Ja ide kawalek wyzej dalej majac nadzieje na jakies widoki…

i kiepsko…

…kiepsko…

…widze, to czego nie moge dobrze zobaczyc. Tam genialne widoki sa, jesli mamy szczescie z pogoda. Ponad 5h ostrego zasuwania na 4436m(moj GPS)/4600m(oficjalne info z mapy) i poniekad na marne.

Wybija godzina 15, mowie Chinczykom ze pora schodzic(tak mi sie zdaje), nikt dokladnie nie potrafil w Yubeng powiedziec ile potrzeba czasu na wejscie i zejscie, wiec wole wczesniej niz pozniej zaczac. Chinczyki oczywiscie maja inne plany- dalej walic foty. 2gi raz delikatnie sugeruje, ze w cholere dluga droga, pochmurnie, wiec i sciemniac zacznie sie wczesniej. Efekt do przewidzenia- schodze sam, oni zostaja. Po dordze oczywiscie zaczyna padac, robi sie blotniscie i slisko. Chce miec z glowy wiec cisne swoim tempem i po 3h drylowania prawie bez przerw jestem na dole. Kupuje sobie nagrode w puszcze(8rmb) i spokojnie jezcze 30min do gornego Yuben. W hostelu upragiony prysznic i rozdawanie autografow. Jakas plota poszla ze bylem na jeziorze i to wyczyn lekki, tak mowia. Kilka osob pyta o trase i zebym im narysowal co i jak. Spoko, tlumacze, ze faktycznie stromo, ze dluga trasa bla bla, ale jesli zaczna wczsnie to nie bedzie problemu. I mowie ze trasa klarowna, nie ma jak sie zgubic…..i tu zrobilem z siebie idiote:)

Po 20tej zaczyna sie sciemniac, a 5tki Chinczykow, ktore zostaly na jeziorze nie widac. Melduje w hostelu, ze brakuje 5 szt. Robi sie 22 ciemno jak w d…i dalej ich nie ma. Hostel dzwoni do Dolnego Yubeng. Tam, za 1200rmb/600zl, grupa lokalsow robi ‚rescue team’ i wychodza w totalnej ciemnosci szukac glupkow.

O 2 w nocy znajduja sie zguby, zmarznieci, glodni i lekko zdolowani. Nie dziwie sie, ja skonczylem ‚spacer’ o 18.30 i mialem serdecznie dosc, mocno wspolczuje przedluzenia imprezy. Okazalo sie, ze zgobili droge, o ktorej ja mowilem na dole ze nie da sie zgubic. Zeszli sami, tyle ze  7h po mnie. Nastepnego dnia 2ka stwierdzila, ze skoro zeszli sami to nie beda nikomu placic za te psozukiwania- uciekli bez placenia…

Moral? nie wime czy jakis jest, ale w gorach trza miec lepetyne na karku, ale to chyba wszyscy wiemy.

Zdjecia troche krzywdzace bo miejsce i trek naprawde padne, nie chce kogos zniechecic bo foty tu mocno srednie, ale co zrobic…yo!

Tagged on:                 

One thought on “Masochizm gorski…

  • 15/07/2013 at 03:50
    Permalink

    'Ze mna wczesniej poznany Chinczyk, spokojny, cichy, nie odzywa sie niepotrzebnie, nie drze ryja, spoko.' zdanie mistrz! A góry niesamowite.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Shares