2dni czekania na pogode w FeiLai Si to dlugo, niewiele jest do roboty. Raz ze pada prawie caly czas, a nawet jakby przestalo to nie ma co ze soba zrobic. Pozostaje piwo, rozjechany stol bilardowy niczym te z Mongolii i mniej lub bardziej interesujace pogaduchy. 3go dnia rano okolicznosci przyrody takie:

Niby slabo, ale nie pada! A o to wlasnie chodzilo, wiec zostawiam czesc bagazu w hostelu i wskakuje z Chinczykami do minivana(150rmb/7s).

No i sie zaczelo. Jade ja, krejzol kierowca puszczajacy tybetanskie dicho i 6tka mlodych Chinczykow. Chinczyk przyjazny jest- to powszechnie znany fakt. Wiec pogaduchy zaczynaja sie. Standardowe tematy, pytania…I juz wiem co sie siweci, bede przesladowany…:/

Jeden towarzysz strzelal analogien, szacun, coraz rzadziej sie widzi kliszowce.

Po godzinie jazdy cud! Nie dosc ze nie pada to jeszcze slonce sie przebija. Nadzieja na suchy 18-kilometrowy spacer rosnie.

‚Biletownia’, nacinaja Nas na 230rmb/115zl, normalka w Chinach taka cena wjazdu. Ziom z busa probowal machnac lewa karta studencka(kupiona na chinskim ebay’u za 10zl), ale nie przeszlo. Czasem trzeba okazac razem z dokumentem tozsamosci, czasem sama karta wystarczy. Mowi, ze szanse sa 50/50 i czasem idzie dostac 50% znizke. Chyba tez sobie kupie…

Dojezdzamy n poczatek szlaku. 6-osobowa reprezentacja Chinczykow z busa koniecznie chce isc razem. Nijak idzie sie wykrecic. Jaki mam problem z przyjaznymi Chinczykami? Ano taki ze sa zajebiscie glosni i ekspresyjni. Ja idac w gory oczekuje spokoju ciszy i ew. swojej muzyki na uszach. Oni mlodzi weseli i pajacujacy. Place swoja czesc za busa i zrywka, ide przodem. Probuja dotrzymac tempa, ale na szczescie zostaja w tyle. Mijam innych turystow i jakos idzie. Jeden funfel z busa twardo probuje mnie dogonic. Zeby bylo gorzej to gosc jest z Zhengzhou, juz ochrzcil mnie ‚starszym bratem’ i wydaje mu sie ze bedziemy best friends forever. Po pytaniu czy lubie zespol ‚Westlife’, i stwierdzeniu ze muzyka rockowa jest dla wariatow daje koledze bana, nie bedziemy sie kolegowac, sorry.

2 deszczowe dni jak widac zrobily swoje. Nawierzchnia blotno-kupna. Za spora kase mozna wskoczyc na konia i na lenia dostac sie do Yubeng. Caly urok miejsca polega na tym, ze nie ma tam jeszcze dojazdu. WSzystko wworzone jest na koniach, a turysta musi sie dosc konkretnie spocic, albo  zabulic za konia. 12km podejscie non stop dosc stromym szlakiem+6km w dol po 2giej stronie przeleczy.

Po 3h zatrzymuje sie na przeleczy. Przerwa na snickersa. Dogania mnie fanclub z busa(sic!).

Probuje znowu uciec, ale nie daje rady. Po przeleczy szlak jest w dol, nie idzie sie oderwac. Pogoda po 2giej stronie zdecydowanie lepsza, sa tez widoki. I zaczyzna sie darcie ryja: „Beautiful!”, „WOW”, Aaaah!”. Normalna sprawa ze Chinczyk glosny jest, ale czy nie moga trzymac sie 5min za lub przede mna?!?! Po 10min oderwalem sie. Widoki zacne, po godzine od przeleczy melduje sie w Yubeng….jest bardzo dobrze!

Mija 15min i po wiosce slychac znajome darcie ryja „Peter, where are you?!?!?!?”, masakra. Siedze w 1szym hostelu modlac sie zeby do glowy nie przyszlo im zajrzec. Poszli dalej…

Prysznic, piwo i sesja foto bo nie wiadomo czy i kiedy znowu bedzie widac okoliczne szczyty.

C.D.N. yo!

Tagged on:             

One thought on “18km spacer do raju…

  • 09/07/2013 at 06:13
    Permalink

    Barzdzo ale bardzo spoko, ja tez chce :) Trzeba bedzie jakies tapety dodac z miejscowki bo jest pieknie.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Shares